- Kategorie bloga:
- 0-20 km (165)
- 100 km i więcej (35)
- 21-40 km (294)
- 41-60 km (130)
- 61-80 km (36)
- 81-99 km (12)
- Akcja cmentarze 2014 (10)
- Geocaching (8)
- Gniezno 2016 (5)
- Jura 2015 (3)
- Jura 2016 (3)
- Jura2012 (2)
- Łapczyca (51)
- Mazury 2012 (9)
- miasto (11)
- pieszo (26)
- Po górkach (325)
- Po płaskim (348)
- praca (107)
- Przez Puszczę Niepołomicką (291)
- Rajdy rekreacyjne (6)
- RNO (24)
- samotnie (383)
- w grupie (29)
- Wiedeń 2013 (6)
- wycieczki piesze (6)
- Wyprawy wielodniowe (34)
- wyścig kolarski (19)
- Z córką (15)
- Z uczniami (5)
- Z Żoną / Narzeczoną (66)
- Zachodniogalicyjskie cmentarze (104)
- zawody (24)
Wpisy archiwalne w kategorii
Po górkach
Dystans całkowity: | 12896.04 km (w terenie 1568.70 km; 12.16%) |
Czas w ruchu: | 673:49 |
Średnia prędkość: | 19.14 km/h |
Maksymalna prędkość: | 76.10 km/h |
Suma podjazdów: | 133342 m |
Maks. tętno maksymalne: | 189 (101 %) |
Maks. tętno średnie: | 157 (83 %) |
Suma kalorii: | 94371 kcal |
Liczba aktywności: | 325 |
Średnio na aktywność: | 39.68 km i 2h 04m |
Więcej statystyk |
Na szosówce
Niedziela, 3 kwietnia 2016 | dodano:21.07.2016 Kategoria 21-40 km, Po górkach, samotnie
- DST: 20.74 km
- Czas: 00:49
- VAVG 25.40 km/h
- VMAX 45.39 km/h
- Temp.: 20.0 °C
- Kalorie: 829 kcal
- Podjazdy: 182 m
- Sprzęt: Trek 1200 SL
- Aktywność: Jazda na rowerze
Po wycieczce z żoną i córką, postanowiłem się jeszcze przejechać na szosówce po okolicznych górkach.
Po okolicznych górkach
Niedziela, 27 marca 2016 | dodano:21.07.2016 Kategoria 21-40 km, Po górkach, samotnie
- DST: 20.42 km
- Czas: 00:53
- VAVG 23.12 km/h
- VMAX 49.03 km/h
- Temp.: 13.0 °C
- HRmax: 173 ( 92%)
- HRavg 144 ( 77%)
- Kalorie: 624 kcal
- Podjazdy: 217 m
- Sprzęt: Trek 1200 SL
- Aktywność: Jazda na rowerze
Święta, powolutku robi się cieplej, a ja niestety mam wiele do zrobienia jeśli chodzi o swoją sylwetkę i formę, więc wsiadłem na szosę z zamiarem podjechania pod kilka mniejszych górek w okolicy.
Ostatnio na wadze zobaczyłem 85 kg i powiem szczerze, że mocno się przeraziłem, podjąłem więc drastyczne środki zmierzające do obniżenia wagi. Dziś do diety postanowiłem, trochę aktywności fizyczne. Wyjechałem z zamiarem pojeżdżenia po okolicznych górkach, co prawda zaraz po wyruszeniu z domu lekko zmodyfikowałem trasę. Ostatecznie pojechałem do Staniątek, podjechałem mega stromy nowy wiadukt w Staniątkach, potem krótka górka pod Staniątki Górne, a następnie ruszyłem na Winnicę. Pod Winnicę podjeżdżałem tempem spacerowym a i tak ledwo podjechałem, dalej podjechałem do Brzezia i ruszyłem w kierunku Suchoraby. Kolejny podjazd znów wolniutko i znów na dużym zmęczeniu, na szczęście od Suchoraby już głównie zjazdy, co pozwoliło mi trochę podciągnąć średnią.
Forma słabiutka, przejechałem ledwo 20 km, było trochę przewyższeń, ale górki nie były specjalne trudne i mimo iż jechałem powolutku to i tak mega się męczyłem i przyjechałem do domu w zasadzie zajechany.
Ostatnio na wadze zobaczyłem 85 kg i powiem szczerze, że mocno się przeraziłem, podjąłem więc drastyczne środki zmierzające do obniżenia wagi. Dziś do diety postanowiłem, trochę aktywności fizyczne. Wyjechałem z zamiarem pojeżdżenia po okolicznych górkach, co prawda zaraz po wyruszeniu z domu lekko zmodyfikowałem trasę. Ostatecznie pojechałem do Staniątek, podjechałem mega stromy nowy wiadukt w Staniątkach, potem krótka górka pod Staniątki Górne, a następnie ruszyłem na Winnicę. Pod Winnicę podjeżdżałem tempem spacerowym a i tak ledwo podjechałem, dalej podjechałem do Brzezia i ruszyłem w kierunku Suchoraby. Kolejny podjazd znów wolniutko i znów na dużym zmęczeniu, na szczęście od Suchoraby już głównie zjazdy, co pozwoliło mi trochę podciągnąć średnią.
Forma słabiutka, przejechałem ledwo 20 km, było trochę przewyższeń, ale górki nie były specjalne trudne i mimo iż jechałem powolutku to i tak mega się męczyłem i przyjechałem do domu w zasadzie zajechany.
Pierwszy raz w 2016
Niedziela, 28 lutego 2016 | dodano:21.07.2016 Kategoria 0-20 km, Po górkach, samotnie
- DST: 19.97 km
- Czas: 01:02
- VAVG 19.33 km/h
- VMAX 48.39 km/h
- Temp.: 5.0 °C
- HRmax: 164 ( 87%)
- HRavg 139 ( 74%)
- Kalorie: 618 kcal
- Podjazdy: 188 m
- Sprzęt: Kross Grand Spin S
- Aktywność: Jazda na rowerze
Pierwszy wyjazd w 2016 roku. W tym roku jakoś nie mogę się zmobilizować bo jazdy na rowerze, pierwsza jazda raczej spokojna, choć kilku górek nie zabrakło, też trochę terenu. Jechało mi się w sumie nie najgorzej, choć oczywiście pod wszystkie górki wjeżdżałem oczywiście powolutku.
Forma jak na pierwszy nie była tragiczna, choć trasa było dość krótka, więc trudno ocenić moje możliwości.
Forma jak na pierwszy nie była tragiczna, choć trasa było dość krótka, więc trudno ocenić moje możliwości.
Proszowice, N. Brzesko
Niedziela, 27 września 2015 | dodano:22.10.2015 Kategoria 41-60 km, Po górkach, samotnie
- DST: 57.57 km
- Czas: 02:13
- VAVG 25.97 km/h
- VMAX 50.49 km/h
- Temp.: 13.0 °C
- HRmax: 166 ( 88%)
- HRavg 145 ( 77%)
- Kalorie: 1392 kcal
- Podjazdy: 302 m
- Sprzęt: Trek 1200 SL
- Aktywność: Jazda na rowerze

Dość niespodziewanie wypadła mi wolna niedziela, mimo iż od dłuższego czasu nękało mnie przeziębienie to postanowiłem się przyjechać, początkowo planowałem nawet bardzo ambitną trasę, ale szybko się okazało, że jestem na nią zbyt słaby. Gdy zacząłem się wybierać na rower było słonecznie i bezwietrznie, ale zanim ruszyłem na trasę przed 10, to niestety pogoda się pogorszyła i zaczęło wiać.
Co gorsza od samego początku jechałem głównie pod wiatr. Na początek pojechałem do na Cło i następnie odbiłem w kierunku Igołomii, co Cła jechało mi się fatalnie, gdy skręciłem na wschód było trochę lepiej o lekko z wiatrem, ale już po chwili znów skręcałem na północ w kierunku Tropiszowa. Po skręcie pojawiły się pierwsze pagórki, nie były to co prawda jakieś ciężkie podjazdy, ale było ich sporo i do tego pokonywałem je pod wiatr. Zanim więc przebiłem się do prowadzącej do Proszowic drogi 775 w Posadzy, miałem już serdecznie dość jazdy. Potem jeszcze kilka pagórków i dojechałem na Proszowic, na liczniku miałem dopiero 26 km a najchętniej położył bym się do łóżka. W Proszowicach stało się jasne, że do Kazimierzy dziś nie pojadę, odbiłem więc na Nowe Brzesko, ścinając planowaną trasę o połowę.
Po drodze do Nowego Brzeska do pokonania miałem jeszcze dwa podjazdy, z którymi poradziłem sobie z dużym trudem, do samego Brzeska na szczęście w dół i znowu odpoczynek na rynku. Z tego miejsca do domu miałem już dość blisko i do tego po płaskim, ale bylem już mocno zmęczony, więc końcowe 20 km przyszło mi ze sporym trudem. Mimo płaskiej trasy jechałem coraz wolniej i na ostatnich kilometrach musiałem walczyć o utrzymanie prędkości w okolicach 26 km/h co na rower szosowy jest przecież prędkością prawie spacerową.
Do domu wróciłem skrajnie zmęczony, a przejechałem przecież zaledwie 57 km, tylko 300 metrów przewyższenia i to wszystko z dość niską prędkością - forma jednak katastrofalna, trzeba będzie już chyba kończyć sezon.
Mordownik 2015
Wtorek, 15 września 2015 | dodano:20.09.2015 Kategoria 100 km i więcej, Po górkach, RNO, zawody
- DST: 104.52 km
- Teren: 25.00 km
- Czas: 06:59
- VAVG 14.97 km/h
- VMAX 62.70 km/h
- Temp.: 20.4 °C
- HRmax: 167 ( 89%)
- HRavg 138 ( 73%)
- Kalorie: 2987 kcal
- Podjazdy: 2005 m
- Sprzęt: GT Avalanche 3.0
- Aktywność: Jazda na rowerze

Wraz z Wojtkiem wziąłem udział w Mordowniku - zawodach na orientacje, które w tym roku odbyły się Stadnikach koło Dobczyc. Ten rok nie jest dla jakoś specjalnie udany jeśli chodzi o zawody na orientacje, do tej pory byłem tylko na jednych zawodach i to na początku sezonu. Potem co prawda miałem jeszcze kilka planów orientacyjnych, ale nic z nich nie wyszło. Na Ekstremalne Zawody na Orientacje Mordownik 2015 też bym pewnie nie pojechał gdyby nie fakt, że odbywały się one w najbliższej okolicy. Na rywalizacje namówiłem Wojtka, bo Krzysiek nie chciał jechać, jechałem do Stadnik bez jakiś bojowych nastrojów, bo zdawałem sobie sprawę, że w formie jestem dość słabej.
Całkiem innego zdania był natomiast Wojtek, on jechał zawalczyć o medal Immortal przyznawany zawodnikom, którzy ukończyli całą trasę. Baza zawodów znajdowała się szkole podstawowej w Stadnikach, jakieś 5 km od Dobczyc i tylko 27 km od mojego domu. Umiejscowienie bazy zapowiadało dość ciężką trasę z dużą ilością przewyższeń, co zresztą potwierdzał komunikat startowy mówiący o 130 km i 2000 m przewyższenia.
Kilka minut przed 8 dostaliśmy dwie mapy i przystąpiliśmy do planowania trasy, zdecydowaliśmy się na wariant wschodni, zaplanowaliśmy, więc przejazd przez wszystkie punkty na wschodniej mapie i ruszyliśmy na trasę.
Na początek pkt 5 - szczyt (Sypka 358 m npm), do szczytu dojechaliśmy dość szybko, choć na stromym podjeździe trochę się zmęczyliśmy. Szybko odbiliśmy punkt i podjęliśmy decyzje, że próbujemy zjechać stromą leśną ścieżką wprost do drogi na Gdów. Niestety coś nam poszło i zjechaliśmy ścieżką do miejsca z którego rozpoczynaliśmy podjazd.
No nic pędzimy po zmianach do Gdowa, przekraczamy Rabę i wbijamy się na czerwony szlak rowerowy gdzie ma się znajdować pkt 6 - skrzyżowanie. W terenie jest trochę więcej ścieżek niż na mapie, ale po małym błądzeniu znajdujemy punkt i pędzimy na Klęczany.
Tu czeka nas solidny szosowy podjazd (dobrze mi znany, kilka razy już tu podjeżdżałem). Podjazd trochę sił nas kosztuje, ale jakoś wtaczam się na szczyt, dalej jeszcze kawałek leśnymi ścieżkami i zdobywamy pkt 3 - róg ogrodzenia.
Dalej trochę zjazdów do Kamyka, wbijamy się na również dobrze mi znaną drogę do Grodziska w Chrostowej, gdzie znajduje się kolejny punkt. Na miejsce dojeżdżamy bez problemu, ale samo szukanie lampionu zajmuje nam chwilkę, po chwili już podbijamy pkt 13 - miejsce po zamku. Tu decydujemy się na ryzykowny krok, a mianowicie zejście stromym stokiem do drogi. Wiem, że droga jest blisko, wiele razy jadąc drogą widziałem w pobliżu ścieżkę pod górę, ale niestety nie udaje nam się na nią trafić, jakoś schodzimy, ale na pewno nie było to łatwe zadanie.
Następnie pędzimy do Sobolowa, czeka nas podjazd szosowy pod Zonię, jak zwykle na tej górze jest ciężko, nawet na dość lekkich górskich przełożenia. W końcu jednak zdobywamy szczyt i rozpoczynamy terenowy zjazd do Cichawki na którym znajduję się pkt 9 - skrzyżowanie. Po kilku minutach podbijamy punkt i zjeżdżamy dalej przez Cichawkę do Wieruszyc, dalej do drogi na Łapanów, odbijamy na Leszczyny, a po kilku minutach skręcamy na Trzcianę, jadąc już coraz wyraźniej pod górę.
W Trzcianie rozpoczynamy podjazd w kierunku Kamionnej, potem zjazd, skręcamy w boczną drogę i rozpoczynamy kolejny, tym razem bardzo stromy podjazd pkt 16. Początkowo jedziemy po asfalcie, mimo to stromizna jest duża i ja coraz wyraźniej odczuwam zmęczenie, o ile na poprzednich podjazdach podjeżdżałem pierwszy, teraz zaczynam zostawać. W końcu zdobywamy punkt widokowy, jedziemy kawałek grzbietem i stromym wąwozem zjeżdżamy w dół. Dojeżdżamy do rzeczki i zaczynamy strome podejście do góry, na domiar złego okazuje się, że nie trafiliśmy na tą ścieżkę co trzeba, przedzieramy się przez las, potem przez pola i w końcu musimy się kawałek wrócić do pkt 16 - skrzyżowanie. Pod punktem widać, piękną ścieżkę w dół, tylko w którym momencie ją zgubiliśmy?
Z punktu 16 kawałek zjeżdżamy, ale potem musimy znów podjeżdżać do Starych Rybich, w nagrodę następuję kilku kilometrowy piękny zjazd aż do aż do samej Tarnawy, skąd ruszamy do pkt 7 - rozstaje. Początkowo idzie nam dobrze, ale w końcówce musimy podejść bardzo stromą leśną ścieżką, punkt zdobywamy, ale zaplanowany przez nas zjazd do Słupi jakoś nie do końca nam wychodzi. Ścieżki w lesie nie do końca się zgadzają, a podjęta przez nas próba powrotu na właściwą ścieżkę, kończy się tylko stratą czasu i powrotem na szeroką szutrówkę prowadzącą pod szkołę w Słupi. W końcu zjeżdżamy pod szkołę i znów podjeżdżamy do szczytu w Krasnych Lasocicach, potem na szczęście długi zjazd do centrum i przerwa pod sklepem na uzupełnienie zapasów.
Powiem szczerze, że w tym miejscu na 53 km miałem w zasadzie dość, postanowiłem jeszcze jechać w Wojtkiem na kolejny punkt na Górze Św. Jana, ale w zasadzie byłem już przekonany, że dziś nie zrobię, całej trasy. Podjazd pod Górę Św. Jana jeszcze mnie w tym przekonaniu utwierdził, podbiliśmy szybko pkt 15 - róg cmentarza i wróciliśmy pod kościół, gdzie widzieliśmy odpoczywających Zdezorientowanych. Jak się okazało to miejsce wypadało mniej więcej w połowie trasy i po chwili pod kościołem pojawiło się jeszcze kilku zawodników jadących z obu kierunków. Po rozmowie z Zdezorientowanymi dowiedzieliśmy się, że do pokonania mamy jeszcze jakieś 66 km i 1300 m przewyższenia (już pokonaliśmy 62 km i 1300 m przewyższenia) po tej wiadomości uznałem, że nie jadę na znajdujący się dość daleko i trudny do zdobycia pkt 14 - bufet. Wojtek jednak chciał dalej walczyć, więc w tym miejscu się rozstaliśmy i Wojtek ruszył na pkt 14, a ja zdecydowałem się ściąć trasę pomijając pkt 14 i pkt 4, ruszyłem w dół do pkt 8.
Po rozstaniu w Wojtkiem najpierw miałem piękny zjazd przez Krzesławice i Zegartowice (miejsce zamieszkania Rafała Majki, który właśnie rozpoczynał walkę o podium Vuelty), ale zaraz potem zacząłem podjeżdżać w kierunku Komornik i momentalnie poczułem się słabo. W Komornikach odbiłem na Mierzeń a po chwili skręciłem w kierunku pkt 8 - szczyt, zrobiło się stromiej a ja ledwo jechałem, pomyślałem sobie nawet, że mogę mieć problem z przejechaniem pozostałych punktów. Jakoś jednak punkt zdobyłem i następnie ruszyłem długim zjazdem do drogi Wiśniowa Dobczyce, skąd rozpocząłem kolejną wspinaczkę na pkt 2.
Punkt 2 znów był położony na szczycie, co prawda prowadziła do niego dość dobra (z mapy nie do końca to było wiadomo), ale stroma droga. Na jednym z bardziej stromych momentów, złapał mnie mocny skurcz, musiałem się zatrzymać i rozmasować nogę. W końcu jednak do punktu się dotoczyłem i w końcówce na piechotę szczyt zdobyłem.
Dalej nastąpił ostry zjazd do Kornatki, ale już po chwili znów się wspinałem, by chwili znów zjeżdżać i w końcu ponownie podjeżdżać. W zasadzie wiedziałem, że ta droga będzie właśnie tak wyglądać, bo kiedyś jechałem tędy z żoną do Myślenic. Punkt nr 1 - wieża widokowa, zdobyłem wraz z późniejszą zwyciężczynią w kategorii kobiet - była w tym samym miejscu co ja, ale ze wszystkimi punktami:) Pod wieżą się rozstaliśmy, bo ja postanowiłem iść podziwiać widoki, a ona pognała po zwycięstwo.
Na dojeździe do następnego punktu znów sekwencja zjazd, podjazd, zjazd. Po drodze wstąpiłem jeszcze do sklepu żeby uzupełnić bidon, a następnie ruszyłem na pkt 11 - stara droga. Punkt zdobyłem przez teren szkoły z internatem, przechodząc przez dziurę w płocie, w okolicach punktu zrobiłem znów parę fotek zalewu dobczyckiego i po podbiciu punktu ruszyłem do centrum Dobczyc.
Nie wiem dlaczego narysowałem sobie pkt 6 - brzeg rzeki, korzeń, jako punkt po drugiej stronie Raby. Przejechałem więc przez most i skręciłem na drogę wzdłuż rzeki, ale że ten punkt jako jedyny posiadał rozjaśnienie na zdjęciu satelitarnym, a ja tak miałem zagiętą mapę, że tego rozjaśnienia nie widziałem, więc zatrzymałem się przełożyć mapę. Patrzę, a punkt jest jednak po drugiej stronie rzeki, wróciłem więc przez most i pojechałem tym razem właściwą drogą. Dojechałem do ogródków działkowych, skręciłem na ścieżkę wzdłuż rzeki i drugim odbiciem ruszyłem ku brzegowi rzeki, rower porzuciłem na ścieżce i ruszyłem szukać punktu. Chodziłem chwilę po kamienistym brzegu Raby i jakoś punktu nie mogłem znaleźć, zacząłem więc wracać po rower i nagle zobaczyłem punkt, który znajdował się na zboczu skarpy w miejscu gdzie wyszedłem na brzeg, podbiłem i pojechałem dalej.
Dochodziła godzina 17:00 a ja do mety miałem już tylko kilka kilometrów i jeden punkt do zdobycia, zacząłem się nawet zastanawiać czy nie popełniłem błędu odpuszczając walkę o immortal, jednak zaraz potem przypomniałem sobie jak cierpiałem na dojeździe do 8 i 2, a poza tym na odwrót i do tamtych punktów i tak już było zdecydowanie za późno, więc po prostu pojechałem do mety. Ostatni teoretycznie łatwy punkt nr 12 - ambona, sprawił mi trochę problemów. Najpierw coś mi się nie podobała szeroka droga prowadzącą w kierunku punktu i próbowałem szukać wąskiej ścieżki zaznaczonej na mapie. Potem przejechałem koło zwalonej ambony, gdzie znajdował się punkt i pojechałem dalej. Dopiero potem przypomniałem sobie jak Zdezorientowani mówili, że punkt jest przy trzeciej, przewróconej ambonie, oni jechali z przeciwnej strony, więc dla mnie to powinna być pierwsza ambona, wróciłem się więc i podbiłem ten ostatni dla mnie punkt na trasie.
Pozostał mi już tylko dojazd do mety, na której zameldowałem się godzinie 17:34.
Mapa i galeria
Całkiem innego zdania był natomiast Wojtek, on jechał zawalczyć o medal Immortal przyznawany zawodnikom, którzy ukończyli całą trasę. Baza zawodów znajdowała się szkole podstawowej w Stadnikach, jakieś 5 km od Dobczyc i tylko 27 km od mojego domu. Umiejscowienie bazy zapowiadało dość ciężką trasę z dużą ilością przewyższeń, co zresztą potwierdzał komunikat startowy mówiący o 130 km i 2000 m przewyższenia.
Kilka minut przed 8 dostaliśmy dwie mapy i przystąpiliśmy do planowania trasy, zdecydowaliśmy się na wariant wschodni, zaplanowaliśmy, więc przejazd przez wszystkie punkty na wschodniej mapie i ruszyliśmy na trasę.
Na początek pkt 5 - szczyt (Sypka 358 m npm), do szczytu dojechaliśmy dość szybko, choć na stromym podjeździe trochę się zmęczyliśmy. Szybko odbiliśmy punkt i podjęliśmy decyzje, że próbujemy zjechać stromą leśną ścieżką wprost do drogi na Gdów. Niestety coś nam poszło i zjechaliśmy ścieżką do miejsca z którego rozpoczynaliśmy podjazd.
No nic pędzimy po zmianach do Gdowa, przekraczamy Rabę i wbijamy się na czerwony szlak rowerowy gdzie ma się znajdować pkt 6 - skrzyżowanie. W terenie jest trochę więcej ścieżek niż na mapie, ale po małym błądzeniu znajdujemy punkt i pędzimy na Klęczany.
Tu czeka nas solidny szosowy podjazd (dobrze mi znany, kilka razy już tu podjeżdżałem). Podjazd trochę sił nas kosztuje, ale jakoś wtaczam się na szczyt, dalej jeszcze kawałek leśnymi ścieżkami i zdobywamy pkt 3 - róg ogrodzenia.
Dalej trochę zjazdów do Kamyka, wbijamy się na również dobrze mi znaną drogę do Grodziska w Chrostowej, gdzie znajduje się kolejny punkt. Na miejsce dojeżdżamy bez problemu, ale samo szukanie lampionu zajmuje nam chwilkę, po chwili już podbijamy pkt 13 - miejsce po zamku. Tu decydujemy się na ryzykowny krok, a mianowicie zejście stromym stokiem do drogi. Wiem, że droga jest blisko, wiele razy jadąc drogą widziałem w pobliżu ścieżkę pod górę, ale niestety nie udaje nam się na nią trafić, jakoś schodzimy, ale na pewno nie było to łatwe zadanie.
Następnie pędzimy do Sobolowa, czeka nas podjazd szosowy pod Zonię, jak zwykle na tej górze jest ciężko, nawet na dość lekkich górskich przełożenia. W końcu jednak zdobywamy szczyt i rozpoczynamy terenowy zjazd do Cichawki na którym znajduję się pkt 9 - skrzyżowanie. Po kilku minutach podbijamy punkt i zjeżdżamy dalej przez Cichawkę do Wieruszyc, dalej do drogi na Łapanów, odbijamy na Leszczyny, a po kilku minutach skręcamy na Trzcianę, jadąc już coraz wyraźniej pod górę.
W Trzcianie rozpoczynamy podjazd w kierunku Kamionnej, potem zjazd, skręcamy w boczną drogę i rozpoczynamy kolejny, tym razem bardzo stromy podjazd pkt 16. Początkowo jedziemy po asfalcie, mimo to stromizna jest duża i ja coraz wyraźniej odczuwam zmęczenie, o ile na poprzednich podjazdach podjeżdżałem pierwszy, teraz zaczynam zostawać. W końcu zdobywamy punkt widokowy, jedziemy kawałek grzbietem i stromym wąwozem zjeżdżamy w dół. Dojeżdżamy do rzeczki i zaczynamy strome podejście do góry, na domiar złego okazuje się, że nie trafiliśmy na tą ścieżkę co trzeba, przedzieramy się przez las, potem przez pola i w końcu musimy się kawałek wrócić do pkt 16 - skrzyżowanie. Pod punktem widać, piękną ścieżkę w dół, tylko w którym momencie ją zgubiliśmy?
Z punktu 16 kawałek zjeżdżamy, ale potem musimy znów podjeżdżać do Starych Rybich, w nagrodę następuję kilku kilometrowy piękny zjazd aż do aż do samej Tarnawy, skąd ruszamy do pkt 7 - rozstaje. Początkowo idzie nam dobrze, ale w końcówce musimy podejść bardzo stromą leśną ścieżką, punkt zdobywamy, ale zaplanowany przez nas zjazd do Słupi jakoś nie do końca nam wychodzi. Ścieżki w lesie nie do końca się zgadzają, a podjęta przez nas próba powrotu na właściwą ścieżkę, kończy się tylko stratą czasu i powrotem na szeroką szutrówkę prowadzącą pod szkołę w Słupi. W końcu zjeżdżamy pod szkołę i znów podjeżdżamy do szczytu w Krasnych Lasocicach, potem na szczęście długi zjazd do centrum i przerwa pod sklepem na uzupełnienie zapasów.
Powiem szczerze, że w tym miejscu na 53 km miałem w zasadzie dość, postanowiłem jeszcze jechać w Wojtkiem na kolejny punkt na Górze Św. Jana, ale w zasadzie byłem już przekonany, że dziś nie zrobię, całej trasy. Podjazd pod Górę Św. Jana jeszcze mnie w tym przekonaniu utwierdził, podbiliśmy szybko pkt 15 - róg cmentarza i wróciliśmy pod kościół, gdzie widzieliśmy odpoczywających Zdezorientowanych. Jak się okazało to miejsce wypadało mniej więcej w połowie trasy i po chwili pod kościołem pojawiło się jeszcze kilku zawodników jadących z obu kierunków. Po rozmowie z Zdezorientowanymi dowiedzieliśmy się, że do pokonania mamy jeszcze jakieś 66 km i 1300 m przewyższenia (już pokonaliśmy 62 km i 1300 m przewyższenia) po tej wiadomości uznałem, że nie jadę na znajdujący się dość daleko i trudny do zdobycia pkt 14 - bufet. Wojtek jednak chciał dalej walczyć, więc w tym miejscu się rozstaliśmy i Wojtek ruszył na pkt 14, a ja zdecydowałem się ściąć trasę pomijając pkt 14 i pkt 4, ruszyłem w dół do pkt 8.
Po rozstaniu w Wojtkiem najpierw miałem piękny zjazd przez Krzesławice i Zegartowice (miejsce zamieszkania Rafała Majki, który właśnie rozpoczynał walkę o podium Vuelty), ale zaraz potem zacząłem podjeżdżać w kierunku Komornik i momentalnie poczułem się słabo. W Komornikach odbiłem na Mierzeń a po chwili skręciłem w kierunku pkt 8 - szczyt, zrobiło się stromiej a ja ledwo jechałem, pomyślałem sobie nawet, że mogę mieć problem z przejechaniem pozostałych punktów. Jakoś jednak punkt zdobyłem i następnie ruszyłem długim zjazdem do drogi Wiśniowa Dobczyce, skąd rozpocząłem kolejną wspinaczkę na pkt 2.
Punkt 2 znów był położony na szczycie, co prawda prowadziła do niego dość dobra (z mapy nie do końca to było wiadomo), ale stroma droga. Na jednym z bardziej stromych momentów, złapał mnie mocny skurcz, musiałem się zatrzymać i rozmasować nogę. W końcu jednak do punktu się dotoczyłem i w końcówce na piechotę szczyt zdobyłem.
Dalej nastąpił ostry zjazd do Kornatki, ale już po chwili znów się wspinałem, by chwili znów zjeżdżać i w końcu ponownie podjeżdżać. W zasadzie wiedziałem, że ta droga będzie właśnie tak wyglądać, bo kiedyś jechałem tędy z żoną do Myślenic. Punkt nr 1 - wieża widokowa, zdobyłem wraz z późniejszą zwyciężczynią w kategorii kobiet - była w tym samym miejscu co ja, ale ze wszystkimi punktami:) Pod wieżą się rozstaliśmy, bo ja postanowiłem iść podziwiać widoki, a ona pognała po zwycięstwo.
Na dojeździe do następnego punktu znów sekwencja zjazd, podjazd, zjazd. Po drodze wstąpiłem jeszcze do sklepu żeby uzupełnić bidon, a następnie ruszyłem na pkt 11 - stara droga. Punkt zdobyłem przez teren szkoły z internatem, przechodząc przez dziurę w płocie, w okolicach punktu zrobiłem znów parę fotek zalewu dobczyckiego i po podbiciu punktu ruszyłem do centrum Dobczyc.
Nie wiem dlaczego narysowałem sobie pkt 6 - brzeg rzeki, korzeń, jako punkt po drugiej stronie Raby. Przejechałem więc przez most i skręciłem na drogę wzdłuż rzeki, ale że ten punkt jako jedyny posiadał rozjaśnienie na zdjęciu satelitarnym, a ja tak miałem zagiętą mapę, że tego rozjaśnienia nie widziałem, więc zatrzymałem się przełożyć mapę. Patrzę, a punkt jest jednak po drugiej stronie rzeki, wróciłem więc przez most i pojechałem tym razem właściwą drogą. Dojechałem do ogródków działkowych, skręciłem na ścieżkę wzdłuż rzeki i drugim odbiciem ruszyłem ku brzegowi rzeki, rower porzuciłem na ścieżce i ruszyłem szukać punktu. Chodziłem chwilę po kamienistym brzegu Raby i jakoś punktu nie mogłem znaleźć, zacząłem więc wracać po rower i nagle zobaczyłem punkt, który znajdował się na zboczu skarpy w miejscu gdzie wyszedłem na brzeg, podbiłem i pojechałem dalej.
Dochodziła godzina 17:00 a ja do mety miałem już tylko kilka kilometrów i jeden punkt do zdobycia, zacząłem się nawet zastanawiać czy nie popełniłem błędu odpuszczając walkę o immortal, jednak zaraz potem przypomniałem sobie jak cierpiałem na dojeździe do 8 i 2, a poza tym na odwrót i do tamtych punktów i tak już było zdecydowanie za późno, więc po prostu pojechałem do mety. Ostatni teoretycznie łatwy punkt nr 12 - ambona, sprawił mi trochę problemów. Najpierw coś mi się nie podobała szeroka droga prowadzącą w kierunku punktu i próbowałem szukać wąskiej ścieżki zaznaczonej na mapie. Potem przejechałem koło zwalonej ambony, gdzie znajdował się punkt i pojechałem dalej. Dopiero potem przypomniałem sobie jak Zdezorientowani mówili, że punkt jest przy trzeciej, przewróconej ambonie, oni jechali z przeciwnej strony, więc dla mnie to powinna być pierwsza ambona, wróciłem się więc i podbiłem ten ostatni dla mnie punkt na trasie.
Pozostał mi już tylko dojazd do mety, na której zameldowałem się godzinie 17:34.
Mapa i galeria
Łapczyca - Szczawnica
Niedziela, 30 sierpnia 2015 | dodano:04.09.2015 Kategoria 100 km i więcej, Po górkach, samotnie
- DST: 130.38 km
- Czas: 05:58
- VAVG 21.85 km/h
- VMAX 65.40 km/h
- Temp.: 30.0 °C
- HRmax: 165 ( 88%)
- HRavg 141 ( 75%)
- Kalorie: 3462 kcal
- Podjazdy: 2091 m
- Sprzęt: Trek 1200 SL
- Aktywność: Jazda na rowerze

Wycieczka dość wymagająca, choć jak się wydawało dość realna do zrealizowania, nie wziąłem pod uwagę jednak faktu, że niedziele będzie mega upał, który skutecznie trasę jeszcze utrudni. Z Łapczycy ruszyłem około godziny 9, ponieważ miałem do pokonania prawie 2000 m przewyższenia, to uznałem, że na początek należy pojechać ostrożnie. Do Bochni pojechałem więc DK94, gdzie miałem w miarę delikatny podjazd, następnie zjazd w kierunku centrum i kolejny podjazd w kierunku Nowego Wiśnicza. Na tym podjeździe po raz pierwszy dzisiaj zobaczyłem 2 cyfrowe wartości nachylenia podjazdu. Po serii podjazd, zjazd, podjazd, zjazd dojechałem do Nowego Wiśnicza, gdzie zrobiłem kilkuminutową przerwę, na liczniku miałem dopiero 10 km, a już powoli odczuwałem zmęczenie.
Po przerwie ruszyłem na Połom Wielki w zasadzie cały czas wspinając się pod górę, w Połomiu osiągnąłem wysokości ponad 400 m npm i ruszyłem w dół do Muchówki, potem lekki podjazd (po pokaniu którego zobaczyłem cel mojej kolejnej wspinaczki - przełęcz Widoma) i znów ostro w dół do Łąkty Dolnej na wysokość tylko 275 m npm. Z tego miejsca rozpoczął się kolejny, pierwszy naprawdę poważny dzisiejszy podjazd czyli wspinaczka na Widomą w Rozdzielu (535 m npm). Do Żegociny podjazd jest w miarę łagodny, ale i tak można się zmęczyć, w Żegocinie zatrzymałem się na chwilę, pogadałem z Krzyśkiem, który właśnie zamierzał ruszyć samochodem do Szczawnicy i po chwili ruszyłem na właściwą część podjazdu. Po wyjeździe z Żegociny robi się stromiej, ale naprawdę stromo jest dopiero w Rozdzielu, najgorsze są ostatnie metry podjazdu stromizna waha się w granicach 10-12%. Po pokonaniu podjazdu zrobiłem kilka minut przerwy na punkcie widokowym na fotografowanie.
Podjazd Przełęcz Widoma od Łąkty Dolnej: dystans 7,8 km; przewyższenia 239 m; średnie nachylenie 3,7%, max 12,1%; czas: 26:43; średnia 17,5 km/h (dane z ridewithgps).
Po podjeździe miałem zjazd do Laskowej, niestety nie jest to zjazd na którym można odpocząć, droga dziurawa, nierówna, z któtkimi podjazdami, więc niestety nie specjalnie odetchnąłem po trudach jazdy w górę. Zjechałem do doliny Łososiny i po przejechaniu rzeki, praktycznie od razu musiałem znów jechać pod górę. Co prawda dojazd do centrum Limanowej, ciężko klasyfikować jako podjazd, ale fakt, jest taki, że w zasadzie bez przerwy trzeba jechać pod górę. W rezultacie, jak dotarłem do rynku w Limanowej to znów musiałem odpocząć, zrobiło się już bardzo gorąco, więc skorzystałem z wody w fontannie, żeby się trochę schłodzić. Niestety na limanowskim rynku, nie znalazłem sklepu, w którym mógłbym uzupełnić pusty już bidon, więc ruszyłem w kierunku Starej Wsi z nadzieją, że tam znajdę otwarty sklep. Z rynku w Limanowej zaczął się kolejny poważny dziś podjazd czyli wspinaczka na Przełęcz pod Ostrą. Sklep znalazłem dość szybko, zakupiłem picie i banana, i po chwili ruszyłem dalej.
Początkowe kilometry podjazdu prowadzącego przez Starą Wieś nie są jakieś strasznie trudne, choć stromizna jest zauważalna, pod dojechaniu do pierwszego ostrego zakrętu zabezpieczonego metalową barierą żarty się jednak kończą i zaczyna się poważny podjazd ze stromizną 6-8%. Kolejne 4,5 km to naprawdę ciężki podjazd, na szczęście w większości droga prowadzi las. Kiedyś już jechałem ten podjazd, ale wtedy przyjechałem do Limanowej samochodem i dopiero stamtąd ruszyłem rowerem pod górę, wtedy wydawało mi się, że ten podjazd nie jest specjalnie trudny, dziś jednak było całkiem inaczej. Zanim dojechałem do podjazdu pokonałem już ponad 40 km i kilkaset metrów w pionie, do tego upał i to wszystko sprawiło, że podjazd okazał się bardzo ciężki. Powiem szczerze, że w pewnym momencie miałem już dość i do szczytu dojechałem w zasadzie już tylko siłą woli. Ten trudniejszy odcinek podjazdu ma średnie nachylenie 5,9%, a maksymalne 9,3%, jest jednak kilometr ponad 7,5% - nie ma więc bardzo stromo, ale są dłuższe odcinki dość strome.
Podjazd Przełęcz pod Ostrą z Limanowej: dystans 10,9 km; przewyższenia 406 m; średnie nachylenie 4,2%, max 9,3%; czas: 43:20; średnia 15,1 km/h (dane z ridewithgps).
Na szczęście z Ostrej można już sobie naprawdę pozjeżdżać:) Do Kamienicy mknąłem ponad 50 km/h, potem do Zabrzeża już wolniej, ale jeszcze ciągle w dół, dopiero po dojechaniu drogi 969 prowadzącej do Krościenka nad Dunajcem, zacząłem jechać po płaskim a potem nawet lekko pod górkę. Tą ruchliwą drogą na szczęście nie jechałem zbyt długo i po kilku kilometrach dojechałem do skrętu na Ochotnicę Dolną. W zasadzie chciałem zdobyć Przełęcz Knurowską od strony Knurowa drogą 34 zakrętów, ale jadąc rowerem z Łapczycy dojeżdżałem do drugiego końca tego podjazdu, jeszcze domu planowałem, że może wjadę od Ochotnicy, następnie zjadę i znowu podjadę, ale gdy dojechałem na miejsce, to już widziałem, że nie mam na to siły. Na liczniku miałem już 72 km i 1100 m przewyższenia, była godzina 13, było mega gorąco (37 stopni) a ja byłem już mocno zmęczony. Postanowiłem, więc poczekać na Krzyśka i Izę i pojechać pod górę z nimi, zadzwoniłem, ale okazało się, że dojadą do mnie najwcześniej za 30 minut, więc postanowiłem pojechać sklepu, który zdaniem Krzyśka był gdzieś w połowie podjazdu (10 km dalej), tam uzupełnić zapasy i poczekać na resztę.
Ruszyłem, więc pod mający 19 km podjazd na Przełęcz Knurowską. Początkowo podjazd jest bardzo delikatny 1-2%, mimo to jechało mi się dość ciężko, było upalnie i kręciło mi się źle. Gdy po 6 km dojechałem do budki z lodami to postanowiłem się zatrzymać i lekko schłodzić organizm. Zjadłem lody, ochłodziłem się rzece, ale ponieważ Krzyśka i Izy ciągle nie było, to postanowiłem jednak jechać do sklepu. Jak się okazało sklep był nie 4 km dalej, a ledwie 300 metrów od budki lodami, nadszedł więc czas na dłuższy postój. Tak się złożyło, że czekałem ponad godzinę, pozwoliło mi to na dłuższy odpoczynek, którego w pierwszej części dzisiejszego dnia wyraźnie mi brakowało. W końcu już trójkę ruszyliśmy dalej. Przez mniej więcej 5 km jechałem na końcu peletonu, jednak jak dojechaliśmy do Ochotnicy Górnej i zrobiło się trochę stromiej, to uznałem, że nadszedł czas na jazdę własnym tempem.
Szybko zostawiłem Krzyśka i Izę, jadących na rowerach górskich i pojechałem do przodu. Przez wieś jechało mi się jeszcze miarę dobrze, ale upał strasznie dawał w kość. Na jakiś kilometr przed przełęczą wjechałem do lasu, poczułem lekką ulgę od słońca, ale za to zrobiło się naprawdę stromo - na ostatnim kilometrze średnie nachylenie to prawie 5% (maks. 6,5%) co biorąc pod uwagę jazdę w upale, oraz fakt, że już od kilkunastu kilometrów kręcimy pod górę, to końcówka podjazdu może dać mocno w kość. Ostatnie metry przed przełęczą to znowu wyjazd na otwarty teren, na przełęczy było gorąco jak w piekle, więc szybko podjąłem decyzję, żeby zjechać trochę do lasu i tam poczekać na resztę peletonu. Okazało się, że musiałem czekać dobrze ponad 20 minut, ale w końcu wszyscy razem zdobyliśmy przełęcz i ruszyliśmy w dół drogą 34 zakrętów. Ten zjazd był szybki i piękny, ale tak naprawdę to chciałby tędy pojechać pod górę, dziś już nie dałem rady, ale jeszcze kiedyś spróbuję.
Podjazd Przełęcz Knurowska z Ochotnicy Dolnej: dystans 19,1 km; przewyższenia 430 m; średnie nachylenie 2,4%, max 6,5%; czas: 1:05:33; średnia 17,6 km/h (dane z ridewithgps).
Po zjeździe i przecięciu drogi 969 ruszyliśmy na Niedzicę, po drodze zrobiliśmy mały postój na kąpielisku na rzecze Białka, gdzie trochę się ochłodziliśmy. Później już w palącym słońcu ruszyliśmy na podjazd w Falsztynie. Krzysiek i Iza reklamowali ten podjazd jako bardzo trudny, było mega gorąco, a ja miałem już na liczniku ponad 100 km, więc początek podjazdu pojechałem powoli za Krzyśkiem. Jednak w pewnym momencie Krzysiek zaczął redukować biegi w swoim góralu, a ja nie miałem już czego zrzucić, więc powolutku, ale jednak szybciej niż reszta ruszyłem do przodu. Sam podjazd nie był znowu taki strasznie ciężki, choć pokonywany w takim upale, mógł na pewno dać w kość.
Podjazd Falsztyn z Frydmana: dystans 2,87 km; przewyższenia 123 m; średnie nachylenie 4,5%, max 7,9%; czas: 12:17; średnia 14,0 km/h (dane z ridewithgps).
Z Falsztynu zjechaliśmy do Niedzicy, gdzie zrobiliśmy przerwę na obiad. Po obiedzie mieliśmy się rozstać, Krzysiek i Iza mieli pojechać do Czerwonego Klasztoru i tam wzdłuż Dunajca dojechać do Szczawnicy, ja musiałem pojechać pod górę w kierunku Czorsztyna i szosą przez Krościenko dojechać do Szczawnicy. Zarazem dojechaliśmy jeszcze do Sromowców Wyżnych, gdzie ja musiałem zboczyć z trasy żeby zakupić picie na dalszą jazdę, sklep znajdował się na trasie Krzyśka i Izy, ale nie na mojej. Musiałem więc odbić jakieś 500 metrów z mojej trasy i może nie byłoby tragedii gdyby nie fakt, że droga prowadziła w dół, więc z powrotem musiałem podciągnąć pod górkę ze stromizną prawie 10%. Następnie kontynuowałem podjazd drogą na Czorsztyn, jechałem powoli wyraźnie już zmęczony, na szczęście podjazd nie był bardzo stromy i jakoś wmęczyłem pod górkę.
Podjazd Hałuszowa ze Sromowców Wyżnych: dystans 4,56 km; przewyższenia 172 m; średnie nachylenie 4,3%, max 7,9%; czas: 20:40; średnia 17,1 km/h (dane z ridewithgps).
Na szczęście to była już ostatnia wspinaczka dzisiejszego dnia, ze szczytu ruszyłem mocno w dół, początkowo po kiepskim asfalcie, ale potem było już lepiej. Ostro zjeżdżałem aż do skrzyżowania z drogą 969, potem musiałem już pedałować, ale w sumie dalej jechałem w dół. Od Krościenka do Szczawnicy się wypłaszczyło, momentami było nawet chyba lekko pod górę, ale jakoś dojechałem do samochodu Krzyśka. Po kilku minutach dojechali Krzysiek i Iza i ruszyliśmy do domu.
Dzisiejsza wycieczka była udana, choć bardzo trudna. Co prawda sam dystans nie powala i wiele razy pokonywałem dłuższe odcinki, jednak jeśli do podsumowania dołożymy 2091 m przewyższenia i upadł rzędu 35 stopni to trasa zrobiła się strasznie trudna. Bardziej męczący był mój odcinek dojazdowy, który pokonałem dość szybko, mało odpoczywając. Później gdy już jechałem z Krzyśkiem i Izą to nie podkręcałem już tak tempa i miałem zdecydowanie więcej przerw w jeździe podczas których mogłem odpocząć. Niestety mimo zmiany roweru i większej liczby treningów na szosie, dalej daleko mi do szosowców. Na dłuższych podjazdach brakuje mi przełożeń, kadencja mi spada i w rezultacie ledwo kręcę. O mały włos nie pokonała mnie przełęcz pod Ostrą, gdzie stromizna dochodzi ledwo do 8%, a ja w końcówce już ledwo kręciłem. Pod Przełęcz Knurowską było łatwiej, choć w końcówce też już miałem trochę dość. Na krótszych podjazdach było trochę lepiej, choć zbyt szybko też ich nie jechałem. Sprawdziłem sobie nawet, że kiedyś jadąc na crossie pod Ostrą wyjechałem szybciej niż dziś na szosówce, co prawda warunki były całkiem inne, ale jednak fakt jest taki, że na szosówkę jestem po prostu za słaby.
Mapa i galeria wycieczki
TdP Bukowina
Piątek, 7 sierpnia 2015 | dodano:10.08.2015 Kategoria 61-80 km, Po górkach, samotnie, wyścig kolarski
- DST: 80.03 km
- Czas: 04:02
- VAVG 19.84 km/h
- VMAX 58.87 km/h
- Temp.: 30.0 °C
- HRmax: 178 ( 95%)
- HRavg 142 ( 75%)
- Kalorie: 2479 kcal
- Podjazdy: 1847 m
- Sprzęt: Trek 1200 SL
- Aktywność: Jazda na rowerze

Kilka minut przed 8 ruszyłem spod Term Podhalańskich przez Biały Dunajec do Poronina, gdzie był start ostrym TdPA. Jechałem 2 godziny przed wyścigiem i liczyłem, że na uda mi się zajechać do Bukowiny na start imprezy. Po 7 kilometrowym dojeździe z Szaflar rozpocząłem pierwszy podjazd już na pętli TdP czyli podjazd do Zębu. Tą górkę wjeżdżałem do tej pory raz, na crossie i pamiętałem, że nawet poszła mi ona całkiem nieźle. Początek faktycznie podjechałem dość szybko, ale potem zaczęło się robić stromiej około 7-8% i zacząłem się dość mocno męczyć. Przy przejeździe koło znaku Ząb (jeszcze jakieś 1,5 km przed premią) zacząłem mieć lekko dość, sytuację dodatkowo pogarszało grzejące już bardzo mocno słońce. Jakoś jednak doczłapałem do skrzyżowania z drogą na Gubałówkę, gdzie zawsze znajdowała się premia i skręciłem na Czerwienne. Podjazd na premii się nie kończy i jeszcze dość mocno trzeba jechać pod górę, co prawda już nie tak stromo, ale jednak ciągle pod górę - na ridewithgps mam wyznaczony podjazd właśnie do kulminacji asfaltu i tak podaje jego parametry poniżej:
Podjazd Ząb od Poronina: dystans 4,71 km; przewyższenia 255 m; średnie nachylenie 5,9%, max 9,1%; czas: 20:28; średnia 13,8 km/h (dane z ridewithgps).
W tym miejscu podjazd się jeszcze nie kończy, po lekkim zjeździe czeka nas jeszcze podjazd na Rolów Wierch, natomiast sam podjazd na premię górską jest krótszy o jakieś 500 metrów. Porównując ten przejazd do tego przed dwóch lat (na crossie) dziś pojechałem szybciej o niecałe 6 minut.
Po pokonaniu Rolowego Wierchu znów zjazd na którym nawet na chwilę się zatrzymałem bo nie byłem pewny czy czasem nie przegapiłem skrętu przez Leszczyny na Biały Dunajec, jednak jak się okazało skręt był jakieś 500 metrów dalej. Dość szybko zjechałem do Białego Dunajca i po chwili stanąłem u stop podjazdu na Gliczarów Górny.
Tego podjazdu bałem się najbardziej, do tej pory pokonywałem go już trzykrotnie: w 2012 i 2013 na crossie oraz w 2014 na Lappierze. Na crossie wolno, ale bez większych problemów pokonywałem mega stroną ściankę znaną od dwóch jako Ściana Bukowina. Na Lappierze miałem zdecydowanie większe problemy, ale mimo wszystko też podjechałem. Dziś jechałem na Treku z najtwardszym przełożeniem w porównaniu z poprzednimi rowerami i poważnie się obawiałem, czy z mojej obecnej formie dam radę tam wciągnąć. Początek jednak w miarę łatwy i dość sprawnie przejechałem przez Gliczarów Dolny, jednak gdy dojechałem do ściany to chyba już głowie zawaliłem ten podjazd. Ruszyłem pod pierwszą prawie 20% ściankę wpięty w spd, jechałem wolno ale jakoś przepychałem, niestety chyba trochę miałem pecha, ponieważ w momencie gdy znalazłem się na zakręcie w najbardziej stromym miejscu to akurat koło mnie pod górę przejechały dwa samochody Straży Pożarnej rozwożące strażaków jako służbę porządkową po trasie. Automatycznie zjechałem do krawędzi jezdni w pewnym momencie poczułem, że nie ma już siły, nie mogłem zrobić zakosu na środek jezdni, więc panicznie próbowałem się wypiąć, niestety mi się to nie udało, zjechałem na pobocze i przewróciłem się w krzaki. Upadek był dość miękki, ale nie mogłem wstać, bo jedna noga nie wypięła mi się pedału. Po chwili udało mi się wstać, wyprowadziłem rower na asfalt i już bez wpięcia w spd ruszyłem dalej. Jak się okazało teraz już podjechałem bez problemu, mimo iż teoretycznie było trudniej. Po przejechaniu najtrudniejszej ścianki ruszyłem dalej, przejechałem przez premię i pomknąłem w dół.
Podjazd Gliczarów Górny z Białego Dunajca: dystans 5,61 km; przewyższenia 301 m; średnie nachylenie 7%, max 22%; czas: 30:00; średnia 12,5 km/h (dane z ridewithgps).
Podjazd pojechałem wolniej niż rok temu na Lappierze (27:36), jednak wtedy jechałem tą górkę jako pierwszą, dziś już miałem w nogach podjazd na Ząb, poza tym wtedy było chłodno, a dziś grzało na całego.
Po pokonaniu premii mamy jeszcze lekko pagórkowaty teren z dwoma niewielkimi podjazdami, a potem bardzo ostry zjazd po niestety nie najlepszej drodze. Ostatnia trudność jaka nas czeka na tej pętli to podjazd do Bukowiny Tatrzańskiej na metę, premii górskiej tu co prawda nie ma, ale podjazd jest dość ciężki. W górę w zasadzie zaczynamy jechać zaraz po zjeździe, ale dopiero za rondem robi się poważny podjazd. Niestety tu nie kręciłem też za szybko, podjazd w pełnym słońcu na już dość sporym zmęczeniu i w rezultacie dość wolne tempo jazdy. Po niecałych 20 minutach kręcenia byłem jednak na mecie z najlepszym czasem z swojej karierze (lepiej o 2:32 niż rok temu)
Podjazd do Bukowiny Tatrzańskiej (od ronda do ronda): dystans 3,92 km; przewyższenia 193 m; średnie nachylenie 5,7%, max 9,6%; czas: 18:04; średnia 13,0 km/h (dane z ridewithgps).
Do Bukowiny dojechałem akurat gdy ruszała druga grupa wyścigu TdPA, porobiłem więc kilka fotek i od razu ruszyłem ponownie do Gliczarowa Górnego tym razem drogą od Bukowiny. Ten podjazd nie jest specjalnie trudny, choć parę stromych miejsc się znajdzie (3,4 km; 85 m przewyższenia; maks. nachylenie 13%). Po drodze zrobiłem jeszcze krótką przerwę w sklepie i po chwili ponownie na ściance. Po kilkunastu minutach przejechali pierwsi amatorzy, pierwsza pięćdziesiątka nie miała większych problemów z podjazdem, potem już jednak sporo osób prowadziło pod górę. Obejrzałem przejazd może pierwszej pięćsetki, a potem wsiadłem na rower i ruszyłem z zawodnikami do premii. Byłem wypoczęty, oni wypruci po co dopiero pokonanym Gliczarówie, więc wielu z nich spokojnie wyprzedziłem. Ja oczywiście ruszyłem bezpośrednio do Bukowiny, a oni jeszcze na końcowy podjazd. Na mecie zrobiłem jeszcze kilka fotek między innymi mojemu koledze, który ukończył ostatecznie rywalizację na 426 miejscu z czasem 1:17 (mi pokonanie pętli zajęło 1:39). Później pojechałem jeszcze pod Hotel Bukowina, pogadać z kolegą, ale go nie znalazłem, więc postanowiłem, że przed wyścigiem zawodowców pojadę jeszcze na Głodówkę na obiad.
Podjazd ten pokonywałem od tej strony już dwukrotnie dziś jechałem po raz trzeci. Droga na Głodówkę nie jest bardzo stroma, ale podjazd trzyma dość równe nachylenie dochodzące do 7-8%. Jechało mi się a miarę dobrze, choć słońce bardzo mocno dogrzewało, na szczęście podjazd jest miejscami zacieniony, więc tragedii nie było w czasie poniżej 18 minut dojechałem na szczyt do schroniska, gdzie zjadłem obiad, a potem zrobiłem małą sesję na tle tatrzańskich szczytów.
Podjazd Głodówka od Bukowiny: dystans 3,53 km; przewyższenia 177 m; średnie nachylenie 4,9%, max 8%; czas: 17:33; średnia 12,1 km/h (dane z ridewithgps).
Po obiedzie wróciłem do Bukowiny, gdzie obejrzałem start wyścigu zawodowców, później ponownie pojechałem na Gliczarów, gdzie obejrzałem przejazd pierwszej pętli. Następnie pojechałem w pobliże premii górskiej gdzie obejrzałem drugą pętlę. Później zjechałem do Bukowiny, gdzie chciałem obejrzeć trzeci przejazd, niestety tu pojawił się problem, organizatorzy nie chcieli mnie wpuścić na asfalt mimo iż do przejazdu wyścigu było jeszcze ponad 30 minut, musiałem duży odcinek przejść na nogach chodnikiem, przeciskając się między balonami z reklamami. Potem udało mi się zjechać w miejsce gdzie przed rokiem atakował Majka, ale po przejeździe grupy miałem problem z powrotem. Kawałek przejechałem ale potem jeden z sędziów mnie ściągnął bo miało jechać jeszcze grupetto, więc znowu ponad kilometr chodnikiem koło balonów. Na mecie nie znalazłem już dobrego miejsca do oglądania wyścigu, nie mogłem się nawet odpowiednio ustawić, żeby zobaczyć przejazd na ekranie. W końcu więc wcisnąłem się gdzieś do barierek 100 m przed metą i czekałem.
Wyścig wygrał Henao, za nim niewielką stratą pozostali faworyci, chciałem zaczekać jeszcze na Miarczyńskiego (najlepszego z Polaków), ale on sporo stracił i pojawił się w zasadzie dopiero w momencie, gdy już odjeżdżałem. Na trasie wycofał się uciekający na pierwszych okrążeniach Michał Kwiatkowki, pozostali Polacy też raczej kiepsko. Na pocieszenia pozostał wygrany etap Bodnara w Nowym Sączu i dość niespodziewane zwycięstwo w czasówce w Krakowie (dzień później) Marcina Białobłockiego, jednak w klasyfikacji generalnej Polacy się niestety kompletnie nie liczyli.
Pozostał mi jeszcze powrót do Szaflar, gdzie zaparkowałem samochodem. Postanowiłem wrócić przez Gliczarów, niestety to był błąd. Dojechałem do pętli i musiałem poczekać 10 minut aż przejedzie grupetto z Marcelem Kitellem. Potem na zjeździe też miałem problem, dużo ludzi, organizatorzy składający balony i do tego jakaś babka w Astrze przez którą o mały włos bym leżał. Jedynym plusem tej drogi był fakt, że wyjechałem niemal przy samochodzie i nie musiałem się już męczyć po Zakopiance, jeszcze tylko krótki postój w sklepie i 2 godziny jazdy do domu.
Dzień w sumie udany, tylko ta gleba na Gliczarowie trochę popsuła mi humor. Myślę jednak, że ten podjazd przegrałem trochę w głowie, od dawna się bałem czy dam rady i ten strach mnie chyba lekko sparaliżował, do tego spdy, jednak należało się wypiąć. Najbardziej stroma ścianę przejechałem na platformach i jakoś dałem radę, więc pewnie całość też bym tak przejechał. Miałem też trochę pecha, gdyby nie te samochody to może jakoś bym zakosem przejechał, a tak lipa. Poza tym jednak wyjazd udany:)
Mapa i galeria
Brzesko, Bocheniec, Gwoździec
Niedziela, 2 sierpnia 2015 | dodano:04.08.2015 Kategoria 100 km i więcej, Po górkach, samotnie
- DST: 100.49 km
- Czas: 04:07
- VAVG 24.41 km/h
- VMAX 58.50 km/h
- Temp.: 28.0 °C
- HRmax: 170 ( 90%)
- HRavg 137 ( 73%)
- Kalorie: 2275 kcal
- Podjazdy: 1233 m
- Sprzęt: Trek 1200 SL
- Aktywność: Jazda na rowerze

Z Łapczycy drogą 94 dojechałem do Bochni, gdzie ulicą Brzeźnicką zaatakowałem pierwszy dziś podjazd na trasie. Do Brzeska miałem jechać trasą pogórza, zaliczając pod drodze kilka mniejszych górek, które miały być treningiem przed podjazdem na Bocheniec. Na podjeździe do Brzeźnicy już się trochę męczyłem, podjazd ma 1,7 km, 83 m pod górę, średnie nachylenie 5,1%, maksymalne 9,1%. Może nie jest to jakiś mega trudny podjazd, ale zmęczyć się można. Dalej zjazd pod drewniany kościół w Brzeźnicy i znów pod górę do Poręby Spytkowskiej. Początkowo stromizna, nie jest zbyt wielka, ale ciągle wdrapujemy się pod górkę, jednak pod sam koniec podjazdu robi się na prawdę stromo: podjazd ma 2,8 km, 89 m pod górę, średnie nachylenie 3,6%, maksymalne 8,7%. W nagrodę za tą walkę z podjazdami przez najbliższe kilka kilometrów głównie zjeżdżałem. Przed Brzeskiem wybrałem boczną drogę dojazdową i wyjechałem na skrzyżowaniu od razu z DK94.
Do Jadownik postanowiłem jechać właśnie starą "czwórką", było szerokie pobocze, poza tym ruch samochodowy w niedzielę rano był niewielki, więc jechało się całkiem przyjemnie. W pewnym momencie przejechałem koło znaku Tarnów - 29 km, przez chwilę przeszło mi nawet przez myśl, czy nie jechać DK94 do Tarnowa, ale ostatecznie postanowiłem trzymać się wcześniejszego planu i po kilku kilometrach jazdy dojechałem do podnóża podjazdu na Bocheniec.
Skręt w prawo i od razu ruszyłem pod górę, pierwsza trudność to stroma ścianka w kierunku kościoła w Jadownikach, ale potem się wypłaszcza i jedziemy bez wysiłku. Po kilkuset metrach stromizna rośnie do 7% i tak trzyma przez dłuższy odcinek, schody zaczynają się na ostrym zakręcie ogrodzonym solidną barierą, gdzie na liczniku pojawiają wartości powyżej 10%. Jednak najgorzej jest samej końcówce podjazdu gdzie najpierw przez dłuższy odcinek mamy 12% nachylenia, a potem na licznik wskakują nawet wartości 15%. Podjazd kończy się na przy znaku Porąbka Uszewska na skrzyżowaniu z drogą dojazdową do zabytkowego kościółka św. Anny na szczycie Bocheńca, ja jednak pojechałem od razu w dół do Porąbki Uszewskiej.
Podjazd Bocheniec od Jadownik: dystans 3,0 km; przewyższenia 154 m; średnie nachylenie 6%, max 15%; czas: 12:23; średnia 14,7 km/h (dane z ridewithgps).
Stromym zjazdem bardzo szybko zjechałem pod kościół w Porąbce Uszewskiej, akurat trafiłem na koniec mszy, więc zrobiłem mały postój pozwalając rozjechać się wszystkim samochodom. W domu narysowałem sobie przejazd jeszcze przez jedną górkę w okolicy, ale jak teraz zacząłem patrzeć na mapę, to coś moja pętla zaczęła wydawać mi się strasznie długa. Do tego pogoda była coś niewyraźna, niebo było mocno zachmurzone, temperatura ledwo przekraczała 20 stopni, a ja nie wziąłem ze sobą nic przeciwdeszczowego. Już w zasadzie miałem wracać, gdy końcu stwierdziłem, raz kozie śmierć jadę dalej.
Ujechałem kilkaset metrów do Dołów i gdy zobaczyłem drogę, która miałem się wspinać, to znów zacząłem zastanawiać się nad powrotem, ale ostatecznie ruszyłem pod górę. Okazało się, że odcinek, którego się tak przestraszyłem nie był znowu taki straszny - podjazd jest dość równy, cały czas w okolicach 7-9%, taka jazda męczy, ale nie ma ścianek na których brakuję oddechu. Tuż przed szczytem lekkie wypłaszczenie i widok na zalesiony szczyt, w końcówce jeszcze stroma ścianka dochodząca do 10-11% i rozpoczynamy zjazd do Łysej Góry.
Podjazd Łysa Góra od Dołów: dystans 2,5 km; przewyższenia 138 m; średnie nachylenie 6,3%, max 11,7%; czas: 11:12; średnia 13,2 km/h (dane z ridewithgps).
Gdy zjechałem do Łysej Góry zorientowałem się, że domu na komputerze planowałem tą trasę trochę inaczej, z tego miejsca mogłem co prawda jechać do Dębna i dalej dość płaską trasą wrócić do domu, ale stwierdziłem, że jednak pojadę dalej przez górki. Efektem tej decyzji był znów dość solidny podjazd od Jaworska, który ponownie dał mi ostro w kość.
Podjazd Jaworsko od Łysej Góry: dystans 2,15 km; przewyższenia 109 m; średnie nachylenie 5,4%, max 8,5%; czas: 9:21; średnia 13,8 km/h (dane z ridewithgps).
Potem na szczęście długa sekwencja zjazdów na której mogłem odpocząć, dalej kilka kilometrów po płaskim i dojechałem do drogi na Melsztyn w Gwoźdźcu. Czekał mnie kolejny podjazd, który początkowo wyglądał dość niewinnie, ale potem zrobiło się stromiej, górka zdawała się nie kończyć, do tego asfalt był bardzo kiepski. Ostatecznie wyszło na to, że wspinałem się prawie 4 km i znów podjechałem ponad 100 w pionie, co prawda w porównaniu z wcześniejszymi podjazdami, ten był raczej łatwy, ale ja już byłem zmęczony więc trochę go odczułem. Z Gwoźdźca przez Niedzwiedza i Łoniową wróciłem ponownie do Dołów w miejsce gdzie rozpocząłem moją górską pętle a po chwili byłem znowu w Porąbce Uszewskiej.
Po krótkiej wizycie w sklepie ruszyłem ponownie pod Bocheniec, tym razem z drugiej strony. Na tej górce już kiedyś byłem i wtedy dwa razy na podjeździe musiałem się zatrzymać, dziś więc trzeba było poprawić tamten przejazd. Nie było jednak łatwo, stromo jest już od pierwszych metrów podjazdu stromizna waha się pomiędzy 7-11% i nie odpuszcza ani na chwilę. Najgorzej jest na dość długiej prostej ściance pod górę gdy dojeżdżamy do widocznych już domów, tam stromizna jeszcze dociska osiągając nawet wartość 13%. Potem na szczęście jest odcinek zjazdu na którym możemy sobie lekko dychnąć, końcówka do znaku Jadowniki znów pod górę, ale nie ma już takich ekstremalnych stromizn. Po dojechaniu do skrzyżowania tym razem skręciłem na szczyt Bocheńca pod zabytkowy kościołek, jednak podjazd liczę tylko do skrzyżowania.
Podjazd Bocheniec od Porąbki Uszewskiej: dystans 2,1 km; przewyższenia 150 m; średnie nachylenie 7,8%, max 13,2%; czas: 10:41; średnia 12,0 km/h (dane z ridewithgps).
Po tym podjeździe miałem już dość górek na dziś, na szczycie Bocheńca zrobiłem sobie dłuższy postój. Jednak gdy tak siedziałem to moje głowie zaczął świtać pomysł przejechania dzisiaj 100 km. Do tej pory jeszcze nigdy nie zrobiłem setki na szosówce. To dość dziwne, wiele razy przekraczałem setkę na crossie, raz nawet przekroczyłem na nim nawet 200 km. Kilka razy zrobiłem setkę również na góralu, a na rowerze najbardziej stworzonym do pokonywania długich dystansów, nigdy nie zrobiłem więcej niż 80 km. Na początek jednak zrobiłem zjazd od Brzeska, gdzie na rynku zrobiłem postój na lody i zacząłem obmyślać jakby tu zrobić dziś setkę. Na liczniku miałem 65 km i ponad 1000 m przewyższenia. Do Łapczycy z Brzeska jest jakieś 22 km, co dałoby w sumie 87 km, należało więc wydłużyć trasę o te 13 km. Wpadłem na pomysł, że za Brzeskiem odbiję na Okulice co powinno dać ponad 100 km.
Z Brzeska na węzeł autostradowy, i tam wyjazd w kierunku Jodłówki, ale zamiast prosto pojechałem w prawo na Okulice, gdzie zgodnie ze znakami miało być 8 km. Mimo sporego zmęczenia do Okulic dojechałem dość sprawnie i szybko. W Okulicach skręciłem na Bogucice i tu trochę wyhamował mnie wiatr, ale przejechałem 4 km i odbiłem na południe w kierunku Bochni. W Mikluszowicach zdecydowałem się przekroczyć Rabę po kładce pieszej i dojechać do Bochni wzdłuż Puszczy Niepołomickiej. W Baczkowie pod sklepem zrobiłem mały postój na uzupełnienie zapasów płynów w bidonie, poza tym potrzebowałem sobie odpocząć bo miałem już lekko dość. Przez Proszówki jechało się dość ciężko, słońce grzało już na całego, zawiewało mi z boku, do tego narastało zmęczenie, a perspektywie miałem jeszcze solidny podjazd w Bochni. Dojechałem do Bochni i już bez odpoczynku ruszyłem pod górę, drogą od cmentarza na Osiedle Niepodległości, jechało mi się dość ciężko, ale wyjechałem na górę dość sprawnie, potem jeszcze przez osiedle i końcówka pod górę na Górny Gościniec. Cały czas patrzyłem na licznik i wyszło mi, że setkę przekroczę już w Łapczycy. Setka na liczniku przeskoczyła mi w Łapczycy pod sklepem "U Donalda", uznałem więc, że jest to dobre miejsce żeby się zatrzymać i kupić sobie loda. Na koniec dojazd do domu teściowej, ostatecznie przejechałem dziś 100,5 km i aż 1233 m przewyższenia.
Wycieczka udana, pogoda dopisała, sił wystarczyło i zrobiłem solidny trening. Pokonałem kilka dość trudnych podjazdów, co prawda podjechałem je raczej wolno (na Stravie prawie na każdym jestem w ostatniej piątce), ale poradziłem sobie i mogę być zadowolony. Dodatkowym plusem jest fakt, że nowe ustawienia roweru spisują się dość dobrze, zrobiłem 100 km i przyjechałem bez jakiś bólów wynikających ze złej pozycji na rowerze. Co więcej przyjechałem nawet nie jakoś specjalnie zmęczony, co prawda na ostatnich 20 km trochę mi się już jechać nie chciało, ale po jeździe czułem się całkiem dobrze.
Mapa i galeria
Biskupice w peletonie
Czwartek, 30 lipca 2015 | dodano:31.07.2015 Kategoria 21-40 km, Po górkach
- DST: 43.35 km
- Czas: 01:40
- VAVG 26.01 km/h
- VMAX 62.65 km/h
- Temp.: 20.0 °C
- HRmax: 189 (101%)
- HRavg 140 ( 74%)
- Kalorie: 923 kcal
- Podjazdy: 496 m
- Sprzęt: Trek 1200 SL
- Aktywność: Jazda na rowerze

Na trasę ruszyliśmy dopiero około 18:40, na początek jazda przez strefę przemysłową pod mocny wiatr. Na szczęście mieliśmy lokomotywę w postaci Łukasza, za którą można było się podczepić. Przez strefę przejechaliśmy z prędkością około 34 km/h, pod szkołą w Podgrabiu obracam się do tyłu a tu nie ma Krzyśka, więc kolejne kilometry jechaliśmy 20 km/h czekając aż Krzysiek dołączy. W Grabiu do peletonu dołączył jeszcze kolega Łukasza, jechał na góralu, ale dysponował mocą szosowca:)
Dalej Łukasz przeprowadził nas przez Strumiany do Małej Wsi, gdzie wyjechaliśmy na drogę 964 w kierunku Wieliczki, my jednak odbiliśmy na Niepołomice i po krótkim ale stromym podjeździe obiliśmy w prawo na Sułków. Trasa zaczęła się robić mocno pagórkowata, razem z Łukaszem dojechałem do skrzyżowania z drogą 966 w Przebieczanach w planie był podjazd pod Biskupice. Po chwili dojechała reszta peletonu i ruszyliśmy w kierunku Biskupic, ja jednak zaspałem na skrzyżowaniu i zostałem czekając na wolny przejazd, w tym czasie reszta peletonu już pędziła dalej. Musiałem więc mocno gonić, najpierw trochę zjazdów, ale potem zaczął się solidny podjazd w kierunku Biskupic, w połowie górki dopędziłem Krzyśka, a na wjeździe na segment Biskupice dopadłem zawodnika na góralu, w tym czasie Łukasz już walczył z segmentem gdzieś z przodu.
Od samego początku pocisnąłem dość mocno z zamiarem walki o rekord. Jechałem mocno i tętno szybko mi skoczyło do 170, w momencie gdy dojechałem do największej stromizny, to od razu wrzuciłem przełożenie 34x28 i równym tempem ruszyłem pod górę. Dziś jechało mi się znacznie lepiej, niż dwa tygodnie temu, gdy walczyłem z tym podjazdem na przełożeniu 39x28. Kręciłem dość równo, tylko raz w najbardziej stromym miejscu kadencja spadła mi do 60 obrotów. Gdy zacząłem ostatnią stromą ściankę, to zobaczyłem że Łukasz już zjeżdża w dół, żeby podjechać ponownie z najsłabszym zawodnikiem:) Dociągnąłem na szczyt i miałem chwilę na odpoczynek. Po jakieś minucie dojechał kolega Łukasza, a po dwóch kolejnych Krzysiek z Łukaszem. Jak się potem okazało na segmencie ustanowiłem nowy rekord:
Podjazd Biskupice: dystans 1,84 km; przewyższenia 97 m; średnie nachylenie 6.3%, max 14%; czas: 6:08; średnia 18 km/h (dane z ridewithgps).
Na GC mój czas wyniósł nawet 6:05 co pozwoliło mi wskoczyć na 2 miejsce na segmencie, tylko za Łukaszem. Podczas dzisiejszego podjazdu straciłem do Łukasza 35 sekund.
Dalej pojechaliśmy na Łazany, chwila zjazdu, potem znów krótki podjazd i kolejne kilometry już zdecydowanie w dół. Tak dojechaliśmy do Zabłocia, gdzie czekała nas kolejna stroma ścianka. Początek pojechaliśmy dość wolno, ale gdy Łukasz zaczął przyspieszać, to zacząłem też za nim cisnąć. Dość długo utrzymywałem niewielką stratę, dopiero na sam koniec, w najbardziej stromy miejscu, Łukasz dość zdecydowanie mi odjechał. Jednak jak się okazało udało mi się poprawić swój rekord na tym segmencie:
Podjazd Zabłocie: dystans 0,7 km; przewyższenie 51 m; średnie nachylenie 7.3%, max 12%; czas: 2:53; średnia 15,5 km/h (dane z ridewithgps).
Z tego miejsca w zasadzie mogliśmy już łatwo i przyjemnie wracać do domu przez Zagórze i Słomiróg, ale Łukasz postanowił jeszcze nam dołożyć. Pojechaliśmy więc do Bodzanowa, gdzie najpierw zrobiliśmy krótki podjazd do centrum, potem zjazd i rozpoczęliśmy kolejny podjazd do Słomirogu. Łukasz od samego początku postanowił pocisnąć na stójce i moment nam odjechał, jak ścigałem się z chłopaczkiem na góralu, który do najbardziej stromego miejsca lekko mnie nawet wyprzedał, ale tam chyba bardzo mocno zredukował biegi, bo moment został. Ja też wrzuciłem najlżejsze przełożenie, ale to jednak była dużo szybsza jazda. W końcówce podjazd trochę popuszcza, ale mimo wszystko zdecydował się wjechać na górę na miękko.
Podjazd Słomiróg od Bodzanowa: dystans 0,6 km; przewyższenie 44 m; średnie nachylenie 7.1%, max 12%; czas: 2:39; średnia 15,5 km/h (dane z ridewithgps).
To w zasadzie był już koniec trudności na dziś. Zjechaliśmy sobie do Zakrzowca, potem skręciliśmy na Zakrzów i dojechaliśmy do drogi 964, którą ruszyliśmy na Niepołomice. Jechaliśmy sobie dość spokojnie, ale Łukasz zaproponował, żebyśmy jeszcze zrobili sprint od ronda pod DHL do ronda w rynku. Byłem już mocno zmęczony, ale powiedziałem, że spróbuję. Łukasz ruszył bardzo mocno ponad 40 km/h, a ja przyklejony na kole, trzymałem się jak mogłem, mimo że Łukasz kilka razy przyspieszał. Trochę bałem się, że zgubi mnie na lekkim podjeździe na ulicy Kościuszki, ale jednak się nie dałem i dojechałem do centrum razem z nim - średnia 40,7 km/h (dystans 3,2 km). Dalej Łukasz pojechał do siebie, a ja wolnym już tempem wróciłem sobie do domu.
Wyjazd udany, dziś jechało mi się na prawdę bardzo dobrze. Dużo siły zaoszczędziłem jadąc w peletonie, więc może więcej pary miałem na jazdę pod górki. Padł rekord zarówno na Biskupicach jak i na Zabłociu, bardzo mocno pojechałem ostatnią prostą do Niepołomic - fakt, że na kole ale jednak. Całkiem nieźle sprawdzają mi się nowe ustawienia roweru, nogi mnie nie bolą podczas jazdy, więc chyba mój bikefitting pomógł:)
Suchoraba - Cichawa - Brzezie - Szarów
Środa, 29 lipca 2015 | dodano:31.07.2015 Kategoria 21-40 km, Po górkach, samotnie
- DST: 33.50 km
- Czas: 01:13
- VAVG 27.53 km/h
- VMAX 48.46 km/h
- Temp.: 21.0 °C
- HRmax: 175 ( 93%)
- HRavg 140 ( 74%)
- Kalorie: 742 kcal
- Podjazdy: 316 m
- Sprzęt: Trek 1200 SL
- Aktywność: Jazda na rowerze

Po pierwsze zamieniłem siodełko, dałem siodełko Selle Italia X1, które dostałem kiedyś od Krzyśka, spadek wagi z 371 g do 290 jak będzie komfortem zobaczymy. Oczywiście dokonałem korekt ustawienia siodełka i korekty ustawienia bloków w butach. Doszedłem do wniosku że ma za długi mostek (12 cm), widzę go przed kierownicą (od mojej strony) z rękami w górnym chwycie, co wskazuje właśnie na to, że jest za długi. W weekend pożyczę od Krzyśka mostek 10 cm i sprawdzę czy będzie lepiej, jeśli tak zamierzam kupić mostek Pro LT z kątem 6 stopni. Na chwilę obecną wróciłem do ustawienia mostka na +, niestety mój mostek ma kąt aż 17 stopni i tak ustawiona kierownica wygląda tragicznie, jednak komfort jazdy jest o wiele większy. Na koniec skręciłem mocniej sprężynę w pedałach, co prawda trochę się boję o swobodę wypięcia, ale doszedłem do wniosku, że noga nie trzyma się dobrze pedała.
Dziś po południu się wypogodziło, temperatura tylko nieznacznie przekraczała 20 stopni, do tego miałem czas, więc postanowiłem wypróbować nowe ustawienia. Niestety nie byłem w najlepszej formie do jazdy. W poniedziałek plewiłem chwasty na działce - 6 godzi na kuckach i nabawiłem się potwornych zakwasów mięśni czworogłowych. Od wczoraj smaruję różnymi maściami, ale zakwasy nie ustępują, ledwo chodzę, ale na rowerze z pewnym bólem da się jechać, pomyślałem że może rozruszam mięśnie. Jednak ze względu na tą "kontuzje" nie zdecydowałem się na jakąś strasznie trudną trasę.
Pojechałem najpierw w kierunku Wieliczki i za wiaduktem kolejowym w Podłężu odbiłem na Staniątki. Niestety od pierwszych metrów poczułem, że dość mocno wieje, dziś z kierunku północno -zachodniego. Po skręcie lekki podjazd poszło dość sprawnie, potem przejazd przez Staniątki i podjazd do Zagórza - tu mam wyznaczony segment, dziś pojechałem mocno, ale bez jakiegoś mega szarpania i wykręciłem czas gorszy od rekordu o 13 sekund. Dalej przejazd przez Zagórze i skręt w prawo na DK94, kawałek pod górę i skręciłem na kolejny segment oznaczony jako Suchoraba 1, tu udało mi się poprawić - czas lepszy od rekordowego o 35 sekund:) Na samym końcu podjazdu, w miejscach gdzie było 14% jechało mi się trochę ciężko, ale w sumie wkręciłem bez problemu. Dalej pojechałem pod cmentarz wojenny w Suchorabie, zrobiłem kilka fotek i o pół obrotu popuściłem napięcie sprężyny w pedałach, bo czułem że mam lekki problem z wypinaniem. Następnie zjazd i znowu podjazd w kierunku Czyżowa, poszło całkiem sprawnie mimo momentów 12%, dalej odbiłem na Krakuszowice i Cichawę i przez dłuższy czas dość mocno zjeżdżałem.
Zjazd skończył się w Cichawie gdzie skręciłem w lewoi ruszyłem na Brzezie. Dojazd do Brzezia wymaga pokonania podjazdu, kiedyś był on dla mnie dość ciężki, dziś pokonuję go dość szybko. Niestety podjazd pod górę zakłóciła mi koparka, musiałem się zatrzymać i poczekać aż skończy kopać i zwolni drogę. W Brzeziu postanowiłem sobie jeszcze trochę przedłużyć trasę pojechałem więc przez Łysokanie, dłuższym zjazdem i wyjechałem koło wiaduktu pod autostradą w Szarowie. Podjechałem pod kościół i już miałem skręcać na Staniątki, gdy ostatniej chwili postanowiłem, że jednak pojadę podjazd pod OSP w Dąbrowie. Wiedziałem, że raczej na rekord nie mam szans, ale na Treku jeszcze tej górki nie jechałem, więc postanowiłem spróbować.
Niestety od początku mi coś nie szło. Na zjeździe na drogę wyjechała mi babka zmuszając do prawie całkowitego zatrzymania się. Następnie rozpocząłem podjazd na dużej tarczy z przodu, żeby rozpędzić rower, wpadłem w podjazd z prędkością koło 35 km/h, ale po chwili musiałem redukować i co gorsza w pewnym momencie zejść na mały blat. Tak więc z 28 km/h które miałem w momencie zmiany blatu, spadłem do 22 i już nie potrafiłem przyspieszyć. Co prawda do końca podjazdu utrzymałem kadencję powyżej 90 i prędkość powyżej 14, ale do rekordu zabrakło mi ponad 10 s.
Fakt forma dzisiaj nie najlepsza, ale prawdziwym problemem jest jednak zmiana biegów. Początek górki pozwala na jazdę nawet koło 35 km/h, dalej robi się stromo i koniecznie są miękkie przełożenia. Gdy jeździłem z tarczą 39 z przodu, do mogłem wykręcić pełen zakres prędkości potrzebnej mi na tej górce. Teraz gdy mam tarczę 50x34 to muszę zacząć z dużego blatu i zmienić na mały w połowie górki, dziś mi to kompletnie nie wyszło i spadek prędkości był zbyt duży.
Dalej już w miarę łatwo, długie zjazdy, wietrzna prosta w Staniątkach (centralnie pod wiatr, słabiutki czas wykręciłem), zjazd i przejazd pod torami i na sam koniec pozostał mi segment na ulicy Dębowej. Mam tam bardzo wysoką średnią i wiedziałem, że dziś nie mam szans tam powalczyć, wjechałem z prędkością około 34 km/h, spokojnie przejechałem przez próg zwalniający, ale za progiem postanowiłem sprawdzić czy dam rady mocniej dokręcić. Dokręciłem do mniej więcej 41 km/h, ale tuż przed skrzyżowanie zwolniłem. Końcówka do domu już bardzo wolno.
Wyjazd w sumie udany, mimo bólu mięśni, który bardzo utrudnia mi chodzenie, jechało mi się całkiem nieźle. Pod górki trzymałem dobre tempo i wszystkie wjechałem dość sprawnie. Zauważyłem, że najlepiej by było gdybym pod górki kręcił z kadencją 100 obrotów, wtedy wjeżdżam w miarę bezproblemowo. Oczywiście taką kadencję jestem stanie utrzymać tylko na krótkich i raczej mało stromych podjazdach, jednak kompaktowa korba pozwoliła mi utrzymać kadencję 90 nawet na stromym odcinku podjazdu w Dąbrowie, nie jest więc już źle, choć na pewno przydałoby się wzmocnić mięśnie nóg.